sobota, 17 stycznia 2009
Selene

 

Selene



Alas! for this gray shadow, once a man--

So glorious in his beauty and thy choice,

Who madest him thy chosen, that he seem'd

To his great heart none other than a God!

(Alfred Tennyson, Tithonous)



Rok, miesiąc i dwa dni Przedtem wysłał jej długi list, opisując ze szczegółami, jak będzie się z nią kochał, kiedy w końcu wróci i w końcu zaczną się wakacje. Pisał, że nie może się już doczekać, że liczy dni do pociągu, który zabierze go z uniwersytetu i zawiezie do domu. Rozwodził się nad tym, jak pójdzie na osiedle i zacznie jej szukać między blokami, aż zacznie się ściemniać i wszystko, co będzie mogła zobaczyć przy świetle księżyca, kiedy wyjdzie na spacer z psem, to jego ciemny cień i jasna plama różnego pąka w jego dłoni... i że jej ojciec i matka będą w tym czasie jeść kolację za błękitnymi firankami kuchni na trzecim piętrze, a on i ona znajdą bezpieczne schronienie w krzewach jaśminu koło kościoła, bo żadne z nich nie będzie się mogło doczekać, aż wrócą do domu. Opisywał jej ciało, jej piersi pod cienką letnią sukienką, jej zakurzone od upału stopy w lekkich sandałkach - wszystko, co będzie z nią robił, chętną i uległą, gotową poddać się każdemu jego życzeniu...

 

 

Wakacje miały zacząć się za dwa dni. Za dwa dni, Karolina wiedziała o tym od października, wszystko zacznie się na nowo.

Zeszczuplała od ostatniego lata, słodycze przestały jej smakować i zmieniła fryzurę. Źle sypiała; nocami budziło ją stukanie kół pociągu na niedalekich torach i odgłosy telewizora z pokoju rodziców. Musiała obciąć swoje jasne warkocze, bo kiedy się czesała, na szczotce pozostawały całe garście włosów. Kiedy zbliżało się lato, prawie przestała jeść, czekając i licząc dni do nadejścia pierwszego lipca, kiedy definitywnie skończy się sesja i rozjadą się profesorowie od wszystkich przesuniętych egzaminów, a studenci będę wracać na wakacje do domu - bo wiedziała, że wtedy on też będzie wracał.

Sama myśl o tym dniu zamieniała krew w jej żyłach w ogień, w zimny, zielony płomień przerażenia.

Wszystko zacznie się na nowo: będzie wystawał na klatce schodowej, kiedy ona wchodzi do bloku; będzie czaił się na nią w krzakach jaśminu, kiedy wychodzi na spacer z Korą; a we wrześniu, kiedy zacznie się szkoła, będzie przychodził w czasie przerw i nikt go nie wyrzuci, bo kiedyś był świetnym uczniem i miał w tej szkole praktyki na trzecim roku; miała nadzieję, że może jak wreszcie skończy to gimnazjum i pójdzie do liceum, będzie inaczej, ale nie, tam też pozwalali mu przychodzić. Będzie do niej mówił i pisał do niej listy, takie jak ten ostatni, o tych wszystkich ohydnych rzeczach... będzie z nią robił te wszystkie ohydne rzeczy, ile razy uda mu się przyłapać ją samą, bo mama nie ma nic przeciwko temu, żeby przychodził, w końcu ona i pani Lusia są koleżankami z pracy. Będzie musiała znowu zacząć nosić niebieską sukienkę na ramiączkach i bransoletkę na kostce lewej nogi; i nic nie będzie mogła nikomu powiedzieć, bo wtedy on wszystkim pokaże zdjęcia, które jej robił i wszyscy się dowiedzą, że to ona chciała, żeby to się zaczęło. Wraca jej pan. Jej Pan. Jej właściciel. Jej bóg.

W końcu któregoś dnia mama przyszła po pracy do domu i powiedziała:

-         Twój chłopak wrócił ze szkoły, Karolina.

A kiedy to mówiła, śmiała się i pani Lusia, która siedziała w ich kuchni i piła kawę, też się śmiała, a potem powiedziała coś, od czego Karolinie zrobiło się zimno i obrzydliwie.

-         No, mam nadzieję, że się nasze słoneczko nie zmartwi - szeroka i ciepła dłoń pani Lusi poklepała Karolinę po policzku; pani Lusia była wesoła i miła, przynosiła ciastka i zawsze opowiadała mnóstwo swojej pracy, o rodzinie, o domu, tak jakby bała się milczenia - Ale ten mój ancymon wraca z dziewczyną i nie chcę nic mówić, ale tym razem to chyba wreszcie coś poważnego.

Karolina piła swoją herbatę, myśląc o tym, jak musiała tańczyć z jego ostatnią dziewczyną.

Wrócił, rzeczywiście, z dziewczyną: wysoką, z ciemnymi włosami upiętymi w kok i w czarnym kostiumie. Pani adwokat, powiedziała mama, poznali się na studiach; to znaczy Alma będzie kiedyś panią adwokat, jest bardzo zdolna, rok starsza od niego i będzie zdawać na aplikację; miejmy nadzieję, powiedział tata patrząc na Karolinę z ukosa, że ty też kiedyś będziesz sobie tak dobrze radzić, ale na razie musisz zdać ten angielski we wrześniu, kto to widział, żeby dziewczynka miała poprawkę w pierwszej klasie liceum...

Zobaczyła ich w kawiarni, idąc w niedzielę do kościoła; siedzieli w ogródku, on w dżinsach i jasnej koszuli, uśmiechnięty jak młody bóg. Ona była w cienkiej czarnej sukience i w perłowym naszyjniku. Pomachał jej z daleka. Kiedy wracała, wpadła na nich, wychodząc zza zakrętu; uściskał ją i głośno ucałował w policzek, po czym, odwracając się do dziewczyny, powiedział:

- No a to jest właśnie moja mała przyjaciółka, o której ci mówiłem... wiesz, moja sąsiadka.

- To ty? - Alma, tak chyba ma na imię, pomyślała Karolina, spojrzała na nią; miała pociągłą twarz ze wyrazistymi kośćmi policzkowymi, ciemne włosy i ostry nos; była śmieszna, chociaż chyba ładna - bardzo chciałam cię poznać.

Ostatni raz, pomyślała Karolina, taka rozmowa skończyła się tym, że niedługo potem musiała skłamać, że ma osiemnaście lat, a później tańczyć z tamtą dziewczyną, ubrana tylko w czarną krótką spódniczkę.

Poszła sobie, nic nie mówiąc, ale od tej pory spotykała ich ciągle, tę zabawną dziewczynę i jego, wysokiego, przystojnego, jasnowłosego i jasnookiego, w kolorowych koszulkach polo i dżinsach albo w garniturze, kiedy jechali na obiad do restauracji w mieście. Wydawali się nierozłączni; kupował jej czasem kwiaty w budce koło supersamu.



Co nie znaczy, że nie Przychodził.

Dziewczyna pewnie nic nie wiedziała; zazwyczaj nic nie wiedziały, aż do dnia, kiedy musiała z nimi tańczyć... pozwalać się przytulać... dotykać ich. Potem zaczynał się rok, a dziewczyny znikały, pani Lusia kiwała głową i narzekała, że ten to pewnie ma po starszym bracie dziadka, no pamięta pani, tym co miał cztery żony, a co jedna to ładniejsza... Dziewczyny znikały i zawsze, zawsze zostawała ona.

Tamtego dnia, miesiąc po rozpoczęciu wakacji, kiedy i mama, i pani Lusia były na urlopie i pojechały na targ do Witkowic po jagody na niedzielne pierogi, Przyszedł rano, zaraz po ich wyjeździe. Tata wybrał się na ryby i miał zostać dwa dni, więc była sama w domu i właśnie wchodziła do wanny, kiedy usłyszała klucz obracający się w zamku i wiedziała od razu, że to nie może być nikt inny. Otworzył sobie drzwi kluczem, który mama zostawiła u nich na wypadek, gdyby ktoś z rodziny zatrzasnął swoje klucze w domu.

Gdyby ta jego Alma przyszła pięć minut wcześniej, jeszcze zdążyłaby im przeszkodzić, ale nie zdążyła i kiedy weszła do ich łazienki, było już po wszystkim na dzisiaj, jak on zawsze mówił, kiedy kończył i zbierał się, żeby wyjść. Stała w drzwiach, zupełnie nie na miejscu w swoim czarnym żakiecie i bluzce z białą koronką, patrząc bez słowa na potop na podłodze, wodę rozchlapaną wszędzie dookoła, na nagą Karolinę powoli gramolącą się z kolan i na niego.

- Tak myślałam, że cię tu zastanę - powiedziała w końcu; Karolina nie podniosła wzroku, słysząc jej głos; wpatrywała się w lampę, odbijającą się jak księżyc w zachlapanych wodą kaflach na podłodze.

-Dlaczego to robisz? - zapytała tamta, z ledwie cieniem ciekawości w głosie - ruszają cię takie małe jak ona?

- Dlatego, że ją kocham - powiedział.

 

 

-         Kocham ją - mówił później, kiedy rozsiedli się w salonie jej rodziców, pijąc kawę i słuchając muzyki; Karolina siedziała w kącie i gapiła się w wyłączony telewizor - ta dziewczyna... jest mi przeznaczona, wiedziałem o tym od samego początku, od kiedy ją zobaczyłem jeszcze w wózeczku. Jakby była trzy lata starsza, już bym się z nią ożenił. Uwielbiam ją; spotykam się z kobietami - wiesz o tym- ale to nigdy nie jest nic poważnego. Przy każdej dziewczynie myślę o niej. Czasem, jak na nią patrzę - wskazał na Karolinę, a ona się otrząsnęła; chyba miała gorączkę - myślę sobie, że ją znałem w poprzednim życiu... i ona o tym wie, prawda? Sama chciała, żebym był jej chłopakiem.

- Jak to chciała? - spytała tamta; jej kolczyki w kształcie półksiężyców kołysały się, kiedy poruszała głową, przykuwając wzrok Karoliny. Zastanawiała się leniwie, z czego są zrobione - odbijały blask światła jak perły na jej szyi.

- Normalnie. Prawda, kochanie? Przyszła do mnie kiedyś... ze dwa lata temu, może trzy... wiesz, jesteśmy sąsiadami i zauważyłem już wcześniej, że za mną patrzyła tymi swoimi wielkimi oczami; no więc przyszła, na schodach stały ze trzy chichoczące koleżanki i mówi mi, a czerwona, mówię ci, jak burak, że się we mnie zakochała i żebym był jej chłopakiem. Na serio, pytam. Na serio, wydukała. A ty wiesz, ja się jej pytam, co to w ogóle znaczy i co robią chłopak i dziewczyna? Chodzą ze sobą, mówi mi na to, patrząc w ziemię. A co jeszcze, pytam się, a ona podnosi na mnie wzrok i mówię ci, wiedziała, o co chodzi, oczy się jej błyszczą i mówi mi, że wie, że chodzą do łóżka i wyciąga z torby jakiegoś harlekina i podsuwa mi pod nos okładkę z cycatą panienką siedzącą facetowi na kolanach... i mówię ci, mała wiedziała dobrze, co ten gość robił ze swoją damą. A potem wyleciała jak oparzona, nie czekając na odpowiedź, a ja siedziałem i sobie myślałem, że to nie może być przypadek, bo jakbym miał wybrać jedną kobietę ze wszystkich na świecie, wybrałbym ją... Poszedłem specjalnie na dyskotekę na osiedlu w sobotę i jak ją zobaczyłem, kupiłem jej colę i powiedziałem, dobra, od dzisiaj jesteś moją dziewczyną, jeżeli naprawdę chcesz, no pewnie, że chcę, powiedziała... i tego wieczoru rzeczywiście została moją dziewczyną, na serio... spędziliśmy bardzo miłe chwile po drodze do domu - zachichotał, a Karolina pomyślała, że chciałaby być głucha albo nie rozumieć ani słowa z tych, które mówił.

- Byłem pierwszy... Boże, ja się nią prawie upiłem tamtej pierwszej nocy! Dałbym jej wszystko, mógłbym całować ziemię pod jej stopami... - mówił dalej, rozmarzony, zanurzony we wspomnieniach - Czasem myślę, że mam takie szczęście, że jestem tylko tyle starszy... Nie zrozum mnie źle - spojrzał na Almę - tak w ogóle nigdy mnie nie ciągnęło do takich smarkul, zawsze myślałem, że to będzie jakaś imponująco piękna kobieta, mądra, w moim wieku... no i masz ci los, zakochałem się w Karolinie. Wiesz, powinna być dumna, że tak na mnie działa... jesteś dumna, kochanie, prawda?

Alma patrzyła na niego milcząca, zamyślona; Karolina widziała jej odbicie w wyłączonym telewizorze, z lampą jak księżyc nad jej ciemną głową.

Objął Karolinę i głośno pocałował, a potem on i Alma zebrali się i wyszli, ale Alma zapomniała torebki i wróciła po nią, ale tak naprawdę wróciła, żeby powiedzieć coś Karolinie.

Podeszła, uklękła na dywanie; naszyjnik z pereł na jej szyi odbijał światło żyrandola. Jej oczy jak dwie strzały, niechybne, śmiertelne, znalazły wzrok Karoliny.

- Dziecko, dziecko - wyszeptała - jak to jest, że nikt nigdy nie widzi?

Karolina milczała, czując, jak w jej oczach pojawiają się głupie, dziecinne łzy.

- Mogłybyśmy go dostać od razu - powiedziała Alma cicho - starczy, żebym poszła z tobą na policję. Głupi, mogłybyśmy go wykończyć, dokopać mu tak, żeby go nigdy nie przyjęli do pracy, żeby go wsadzili do więzienia, po to tu jestem... Nie pozbierałby się po tym do końca życia - ale za to wszystko chyba zasłużył sobie na coś więcej, prawda?

 

Przyszedł do szkoły na jej poprawkę i zagadał anglistkę - dzięki niemu zdała. Potem odprowadzał ją do domu, na skróty przez działki, przez godzinę i musiała mu pokazać, jak bardzo jest wdzięczna. Później ich wakacje też się skończyły, pojechali na swoje studia i aż do Wszystkich Świętych Karolina go nie widziała. W tym czasie były jej urodziny: miała szesnaście lat i nikt nie przyszedł, tylko mama zrobiła tort, a tata kupił jej w prezencie nową ładną bluzkę. Nic się nie działo, aż kiedyś, tydzień przed Świętem Zmarłych, pani Lusia przyszła do mamy, szara jak popiół, trzęsąc się na nogach, i zamknęły się w kuchni.

Postanowiła posprzątać pokój syna, żeby miał czysto, jak przyjadą z Almą na święto. Postanowiła poukładać i odkurzyć jego książki, a w jednej z nich było zdjęcie. To zdjęcie, które teraz jego matka, zapłakana, przniosła pokazać jej matce.

Kiedy wrócił do domu, czekali na niego w domu jej rodzice.

-         Nie mogę zaprzeczyć - powiedział - pani Mariolu, to rzeczywiście jest Karolina. Pozowała mi do zdjęcia... i właściwie powinienem był państwu powiedzieć wcześniej, ale się bałem, że mi państwo zabronicie ją widywać... ja rozumiem, że się pan denerwuje, ale musi pan wiedzieć... musi pan wiedzieć, że my... jesteśmy parą, ja ją bardzo kocham, a na cokolwiek się zdecydowaliśmy... niech pani nie płacze, proszę... zdecydowaliśmy się razem, ja powtarzam, kocham Karolinę, nie wyobrażam sobie życia bez niej... nie, nie, Alma i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi, zresztą ona wie... proszę spytać Karolinę, jak mi pani nie wierzy...

I Karolina musiała powiedzieć, bo przecież to była prawda, a kłamać nie wolno, za kłamstwo się idzie do piekła, a poza tym on był przy tym i patrzyła na nią cały czas, że tak, tak to właśnie było i ona też go kocha i chciała, żeby był jej chłopakiem.

- Panie Piotrze - powiedział tego wieczora do taty, kiedy siedzieli przy stole w kuchni i pili piwo, a ona ze swojego miejsca zerkała na ciemne niebo i księżyc wśród chmur - mam nadzieję, że pan da nam zgodę na małżeństwo? Teraz, kiedy państwo już wiedzą... kiedy mama wie... nie chcielibyśmy czekać ani chwili dłużej.


 

20:22, ninedin
Link Dodaj komentarz »
Selene - zakończenie

 

Tata się zgodził, bo ona się zgodziła; miała szesnaście lat, on dwadzieścia cztery i mieli brać ślub przez wakacje.

 

Wtedy wróciła Alma. Zaczęła pracować, a raczej pomagać, w jakiejś kancelarii adwokackiej w mieście, wynajęła sobie pokój i wydawała się doskonale dogadywać ze swoim byłym chłopakiem. Koleżanki ze szkoły Karoliny były strasznie podekscytowane, bo mama zaprosiła je wszystkie na wesele; ksiądz się tylko zapytał, czy Karolina wie, co robi i czy będzie wierna mężowi, a resztę, powiedział, to już mu opowie na spowiedzi przedślubnej. W marcu kupili jej suknię, z białej satyny.

Od Almy dostała prezent, zaraz po tym, jak wczesną wiosną tamta sprowadziła się do miasta i poszli ją odwiedzić; zapamiętała, był pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. Karolina rozpakowała kolorowy papier, a w środku był obrazek z kamyków, a na nim kobieta o jasnej twarzy w jakimś powozie; ciągnęły go cztery skrzydlate konie, a kobieta stała wyprostowana i spokojna, jadąc po ciemnych falach szkła. Karolina popatrzyła pytająco, najpierw na prezent, a potem na ofiarodawczynię.

-         Selene - powiedziała Alma; znów miała swój piękny perłowy naszyjnik - czasem identyfikowana z Artemidą...

Karolina starała się nie zwrócić jego uwagi, ale Alma mówiła głośno; usłyszał i zaczął się śmiać z uczonych słów, jakich użyła.

- Bogini - wyjaśniła Alma, bo po Karolinie musiało być widać, że nie ma pojęcia, o czym mowa - Wiesz, kto to jest Artemida?

- Oczywiście, że wie! - przerwał jej, zanim zdołała wykrztusić, że nie ma pojęcia - moja dziewczynka chodzi do szkoły i wszystko to wie! Co ty sobie myślisz, że ja bym się z byle tłumokiem żenił? Poczekaj - zaśmiał się głośno - jeszcze cię moja żona prześcignie, pani przyszła adwokat!

- Artemida - powiedziała cicho Alma, nie zwracając na niego uwagi - Bogini-niszczycielka, bogini-opiekunka... okrutna i zmienna jak księżyc... ta, która mści krzywdy niewinnych. Mam nadzieję, że ci się podoba - uśmiechnęła się - Przyda ci się obrazek do nowego domu. Swoją drogą, jak chcesz, żebym ci pożyczyła mitologię, stoi tam na półce: powinnaś poczytać coś relaksującego, czeka się mnóstwo nerwów przed ślubem.

Karolina wzięła książkę i schowała do nowej torby, którą jej kupił. A potem - w pokoju paliły się specjalne pachnące świece, Alma poszła do kuchni zrobić im herbatę, przez okno zaglądał księżyc w pełni - on ją znowu pocałował, a Alma wróciła, niosąc dwie szklanki i kubek.

-To dla Karoliny - podała jej kubek, na nim też był księżyc, i sarenka - a to dla nas, trochę... wzmocniona.

Herbata Karoliny była ciepła i gęsta jak krew. Jej zapach uniósł się i napełnił cały pokój. Wydało jej się, że czuje, jak smuga ciężkiej woni przepływa nad nią, obok niej, a wraz z nią coś, od czego przeszedł ją dziwaczny dreszcz - coś nieuchwytnego, jak lodowate światło księżyca, jak mgła, opadająca rosą na jego twarz, jego ręce, jego włosy...

On nic nie poczuł. Zaśmiał się, podziękował i wypił gorącą herbatę z wódką dwoma łykami; potem odwoził ją do domu i zrobił jej to w samochodzie, na parkingu pod blokiem. Kiedy skończyli, w jej kurczowo zaciśniętej ręce pozostała garść jego jasnych włosów.



Mieli brać ślub przez wakacje, gdyby nie ta choroba. Lekarz powiedział w końcu, że to musi być jakaś rzadka genetyczna skaza: nigdy o czymś takim nie słyszał. Przyjechali inni lekarze, z Poznania i z Warszawy, ale i tak żaden nie był wiele mądrzejszy i w końcu pojechali sobie z niczym.

Włosy wyszły mu w ciągu tygodnia: zostawały na szczotce, na ubraniu, na poduszce, na której spał... wszędzie, póki całkiem nie wyłysiał. Na rękach zrobiły mu się sine plamy, które potem zbrązowiały i pomarszczyły się jak u starca; palce go bolały i nie mógł nimi swobodnie poruszać. Następnego dnia po wizycie u Almy zobaczyła po raz pierwszy, że ma zmarszczki pod oczyma... zmarszczki, które pogłębiały się z dnia na dzień, jak pajęczyna porastając jego twarz. Po miesiącu nie mógł już chodzić; głos zrobił mu się skrzypiący i wstrętny, nic nie zostało z uśmiechu, bo nie miał już zębów, które mógłby pokazywać; pani Lusia, która teraz wyglądała na jego córkę, musiała gotować mu papki i karmić go łyżeczką. W kwietniu lekarze przyznali, że nie mają pojęcia, co to może być i że nie ma nadziei. Leżał w łóżku w swoim dawnym mieszkaniu jak bury pomarszczony świerszcz, z ciałem starca i w pełni świadomym umysłem dwudziestoczterolatka, pod spojrzeniem Selene patrzącej na niego z mozaiki. Wydawał się niewiarygodnie stary. Powinien umrzeć; ciągle żył.

Dzień Przedtem, na początku wakacji Alma, przyszła go odwiedzić; siedziały obie z Karoliną, patrząc w jego wykrzywioną cierpieniem twarz, w jego oczy, pełne strasznej wiedzy - rozumiał teraz, że dopadło go coś, przed czym nigdy, nigdzie nie ucieknie. Karolina znała to spojrzenie - widywała je w lustrze przez wszystkie te lata, kiedy do niej Przychodził.

-         Już wystarczy - powiedziała tamtego dnia, patrząc w jasną twarz Almy - już dość, możemy go wypuścić.

Kiedy wychodziły, Alma zostawiła na jego łóżku swój perłowy naszyjnik.

Ludzie w mieście bali się wymieniać jego imię, tak jakby ta dziwaczna choroba była przekleństwem, o którym nawet wspominać nie należy. Kiedy w końcu umarł w swoim łóżku w mieszkaniu pani Lusi, owinięty w prześcieradła, lekarka ze szpitala przyjechała stwierdzić zgon i zasłabła na widok jego ciała.

Ludzie gadali, ale nikt nie ośmielił się pytać jego matki o nic - nawet o sznur bladych, księżycowych pereł, który miał w dniu swojej śmierci owinięty wokół szyi.

(2005)
20:22, ninedin
Link Komentarze (7) »