czwartek, 13 maja 2010
Zdjęcie w prezencie

Dla autorki Zacisza Literackiego:

 

Byłam sobie ostatnio w Salzburgu - i w pewnym momencie, spacerując ulicami starówki, zobaczyłam to i od razu sobie pomyślałam: Muszę to sfotografować!

 

 

Hotel Weisse Taube, Salzburg

 

Hotel Weisse Taube, Salzburg

Pozdrawiam!

22:14, ninedin
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 stycznia 2009
Selene

 

Selene



Alas! for this gray shadow, once a man--

So glorious in his beauty and thy choice,

Who madest him thy chosen, that he seem'd

To his great heart none other than a God!

(Alfred Tennyson, Tithonous)



Rok, miesiąc i dwa dni Przedtem wysłał jej długi list, opisując ze szczegółami, jak będzie się z nią kochał, kiedy w końcu wróci i w końcu zaczną się wakacje. Pisał, że nie może się już doczekać, że liczy dni do pociągu, który zabierze go z uniwersytetu i zawiezie do domu. Rozwodził się nad tym, jak pójdzie na osiedle i zacznie jej szukać między blokami, aż zacznie się ściemniać i wszystko, co będzie mogła zobaczyć przy świetle księżyca, kiedy wyjdzie na spacer z psem, to jego ciemny cień i jasna plama różnego pąka w jego dłoni... i że jej ojciec i matka będą w tym czasie jeść kolację za błękitnymi firankami kuchni na trzecim piętrze, a on i ona znajdą bezpieczne schronienie w krzewach jaśminu koło kościoła, bo żadne z nich nie będzie się mogło doczekać, aż wrócą do domu. Opisywał jej ciało, jej piersi pod cienką letnią sukienką, jej zakurzone od upału stopy w lekkich sandałkach - wszystko, co będzie z nią robił, chętną i uległą, gotową poddać się każdemu jego życzeniu...

 

 

Wakacje miały zacząć się za dwa dni. Za dwa dni, Karolina wiedziała o tym od października, wszystko zacznie się na nowo.

Zeszczuplała od ostatniego lata, słodycze przestały jej smakować i zmieniła fryzurę. Źle sypiała; nocami budziło ją stukanie kół pociągu na niedalekich torach i odgłosy telewizora z pokoju rodziców. Musiała obciąć swoje jasne warkocze, bo kiedy się czesała, na szczotce pozostawały całe garście włosów. Kiedy zbliżało się lato, prawie przestała jeść, czekając i licząc dni do nadejścia pierwszego lipca, kiedy definitywnie skończy się sesja i rozjadą się profesorowie od wszystkich przesuniętych egzaminów, a studenci będę wracać na wakacje do domu - bo wiedziała, że wtedy on też będzie wracał.

Sama myśl o tym dniu zamieniała krew w jej żyłach w ogień, w zimny, zielony płomień przerażenia.

Wszystko zacznie się na nowo: będzie wystawał na klatce schodowej, kiedy ona wchodzi do bloku; będzie czaił się na nią w krzakach jaśminu, kiedy wychodzi na spacer z Korą; a we wrześniu, kiedy zacznie się szkoła, będzie przychodził w czasie przerw i nikt go nie wyrzuci, bo kiedyś był świetnym uczniem i miał w tej szkole praktyki na trzecim roku; miała nadzieję, że może jak wreszcie skończy to gimnazjum i pójdzie do liceum, będzie inaczej, ale nie, tam też pozwalali mu przychodzić. Będzie do niej mówił i pisał do niej listy, takie jak ten ostatni, o tych wszystkich ohydnych rzeczach... będzie z nią robił te wszystkie ohydne rzeczy, ile razy uda mu się przyłapać ją samą, bo mama nie ma nic przeciwko temu, żeby przychodził, w końcu ona i pani Lusia są koleżankami z pracy. Będzie musiała znowu zacząć nosić niebieską sukienkę na ramiączkach i bransoletkę na kostce lewej nogi; i nic nie będzie mogła nikomu powiedzieć, bo wtedy on wszystkim pokaże zdjęcia, które jej robił i wszyscy się dowiedzą, że to ona chciała, żeby to się zaczęło. Wraca jej pan. Jej Pan. Jej właściciel. Jej bóg.

W końcu któregoś dnia mama przyszła po pracy do domu i powiedziała:

-         Twój chłopak wrócił ze szkoły, Karolina.

A kiedy to mówiła, śmiała się i pani Lusia, która siedziała w ich kuchni i piła kawę, też się śmiała, a potem powiedziała coś, od czego Karolinie zrobiło się zimno i obrzydliwie.

-         No, mam nadzieję, że się nasze słoneczko nie zmartwi - szeroka i ciepła dłoń pani Lusi poklepała Karolinę po policzku; pani Lusia była wesoła i miła, przynosiła ciastka i zawsze opowiadała mnóstwo swojej pracy, o rodzinie, o domu, tak jakby bała się milczenia - Ale ten mój ancymon wraca z dziewczyną i nie chcę nic mówić, ale tym razem to chyba wreszcie coś poważnego.

Karolina piła swoją herbatę, myśląc o tym, jak musiała tańczyć z jego ostatnią dziewczyną.

Wrócił, rzeczywiście, z dziewczyną: wysoką, z ciemnymi włosami upiętymi w kok i w czarnym kostiumie. Pani adwokat, powiedziała mama, poznali się na studiach; to znaczy Alma będzie kiedyś panią adwokat, jest bardzo zdolna, rok starsza od niego i będzie zdawać na aplikację; miejmy nadzieję, powiedział tata patrząc na Karolinę z ukosa, że ty też kiedyś będziesz sobie tak dobrze radzić, ale na razie musisz zdać ten angielski we wrześniu, kto to widział, żeby dziewczynka miała poprawkę w pierwszej klasie liceum...

Zobaczyła ich w kawiarni, idąc w niedzielę do kościoła; siedzieli w ogródku, on w dżinsach i jasnej koszuli, uśmiechnięty jak młody bóg. Ona była w cienkiej czarnej sukience i w perłowym naszyjniku. Pomachał jej z daleka. Kiedy wracała, wpadła na nich, wychodząc zza zakrętu; uściskał ją i głośno ucałował w policzek, po czym, odwracając się do dziewczyny, powiedział:

- No a to jest właśnie moja mała przyjaciółka, o której ci mówiłem... wiesz, moja sąsiadka.

- To ty? - Alma, tak chyba ma na imię, pomyślała Karolina, spojrzała na nią; miała pociągłą twarz ze wyrazistymi kośćmi policzkowymi, ciemne włosy i ostry nos; była śmieszna, chociaż chyba ładna - bardzo chciałam cię poznać.

Ostatni raz, pomyślała Karolina, taka rozmowa skończyła się tym, że niedługo potem musiała skłamać, że ma osiemnaście lat, a później tańczyć z tamtą dziewczyną, ubrana tylko w czarną krótką spódniczkę.

Poszła sobie, nic nie mówiąc, ale od tej pory spotykała ich ciągle, tę zabawną dziewczynę i jego, wysokiego, przystojnego, jasnowłosego i jasnookiego, w kolorowych koszulkach polo i dżinsach albo w garniturze, kiedy jechali na obiad do restauracji w mieście. Wydawali się nierozłączni; kupował jej czasem kwiaty w budce koło supersamu.



Co nie znaczy, że nie Przychodził.

Dziewczyna pewnie nic nie wiedziała; zazwyczaj nic nie wiedziały, aż do dnia, kiedy musiała z nimi tańczyć... pozwalać się przytulać... dotykać ich. Potem zaczynał się rok, a dziewczyny znikały, pani Lusia kiwała głową i narzekała, że ten to pewnie ma po starszym bracie dziadka, no pamięta pani, tym co miał cztery żony, a co jedna to ładniejsza... Dziewczyny znikały i zawsze, zawsze zostawała ona.

Tamtego dnia, miesiąc po rozpoczęciu wakacji, kiedy i mama, i pani Lusia były na urlopie i pojechały na targ do Witkowic po jagody na niedzielne pierogi, Przyszedł rano, zaraz po ich wyjeździe. Tata wybrał się na ryby i miał zostać dwa dni, więc była sama w domu i właśnie wchodziła do wanny, kiedy usłyszała klucz obracający się w zamku i wiedziała od razu, że to nie może być nikt inny. Otworzył sobie drzwi kluczem, który mama zostawiła u nich na wypadek, gdyby ktoś z rodziny zatrzasnął swoje klucze w domu.

Gdyby ta jego Alma przyszła pięć minut wcześniej, jeszcze zdążyłaby im przeszkodzić, ale nie zdążyła i kiedy weszła do ich łazienki, było już po wszystkim na dzisiaj, jak on zawsze mówił, kiedy kończył i zbierał się, żeby wyjść. Stała w drzwiach, zupełnie nie na miejscu w swoim czarnym żakiecie i bluzce z białą koronką, patrząc bez słowa na potop na podłodze, wodę rozchlapaną wszędzie dookoła, na nagą Karolinę powoli gramolącą się z kolan i na niego.

- Tak myślałam, że cię tu zastanę - powiedziała w końcu; Karolina nie podniosła wzroku, słysząc jej głos; wpatrywała się w lampę, odbijającą się jak księżyc w zachlapanych wodą kaflach na podłodze.

-Dlaczego to robisz? - zapytała tamta, z ledwie cieniem ciekawości w głosie - ruszają cię takie małe jak ona?

- Dlatego, że ją kocham - powiedział.

 

 

-         Kocham ją - mówił później, kiedy rozsiedli się w salonie jej rodziców, pijąc kawę i słuchając muzyki; Karolina siedziała w kącie i gapiła się w wyłączony telewizor - ta dziewczyna... jest mi przeznaczona, wiedziałem o tym od samego początku, od kiedy ją zobaczyłem jeszcze w wózeczku. Jakby była trzy lata starsza, już bym się z nią ożenił. Uwielbiam ją; spotykam się z kobietami - wiesz o tym- ale to nigdy nie jest nic poważnego. Przy każdej dziewczynie myślę o niej. Czasem, jak na nią patrzę - wskazał na Karolinę, a ona się otrząsnęła; chyba miała gorączkę - myślę sobie, że ją znałem w poprzednim życiu... i ona o tym wie, prawda? Sama chciała, żebym był jej chłopakiem.

- Jak to chciała? - spytała tamta; jej kolczyki w kształcie półksiężyców kołysały się, kiedy poruszała głową, przykuwając wzrok Karoliny. Zastanawiała się leniwie, z czego są zrobione - odbijały blask światła jak perły na jej szyi.

- Normalnie. Prawda, kochanie? Przyszła do mnie kiedyś... ze dwa lata temu, może trzy... wiesz, jesteśmy sąsiadami i zauważyłem już wcześniej, że za mną patrzyła tymi swoimi wielkimi oczami; no więc przyszła, na schodach stały ze trzy chichoczące koleżanki i mówi mi, a czerwona, mówię ci, jak burak, że się we mnie zakochała i żebym był jej chłopakiem. Na serio, pytam. Na serio, wydukała. A ty wiesz, ja się jej pytam, co to w ogóle znaczy i co robią chłopak i dziewczyna? Chodzą ze sobą, mówi mi na to, patrząc w ziemię. A co jeszcze, pytam się, a ona podnosi na mnie wzrok i mówię ci, wiedziała, o co chodzi, oczy się jej błyszczą i mówi mi, że wie, że chodzą do łóżka i wyciąga z torby jakiegoś harlekina i podsuwa mi pod nos okładkę z cycatą panienką siedzącą facetowi na kolanach... i mówię ci, mała wiedziała dobrze, co ten gość robił ze swoją damą. A potem wyleciała jak oparzona, nie czekając na odpowiedź, a ja siedziałem i sobie myślałem, że to nie może być przypadek, bo jakbym miał wybrać jedną kobietę ze wszystkich na świecie, wybrałbym ją... Poszedłem specjalnie na dyskotekę na osiedlu w sobotę i jak ją zobaczyłem, kupiłem jej colę i powiedziałem, dobra, od dzisiaj jesteś moją dziewczyną, jeżeli naprawdę chcesz, no pewnie, że chcę, powiedziała... i tego wieczoru rzeczywiście została moją dziewczyną, na serio... spędziliśmy bardzo miłe chwile po drodze do domu - zachichotał, a Karolina pomyślała, że chciałaby być głucha albo nie rozumieć ani słowa z tych, które mówił.

- Byłem pierwszy... Boże, ja się nią prawie upiłem tamtej pierwszej nocy! Dałbym jej wszystko, mógłbym całować ziemię pod jej stopami... - mówił dalej, rozmarzony, zanurzony we wspomnieniach - Czasem myślę, że mam takie szczęście, że jestem tylko tyle starszy... Nie zrozum mnie źle - spojrzał na Almę - tak w ogóle nigdy mnie nie ciągnęło do takich smarkul, zawsze myślałem, że to będzie jakaś imponująco piękna kobieta, mądra, w moim wieku... no i masz ci los, zakochałem się w Karolinie. Wiesz, powinna być dumna, że tak na mnie działa... jesteś dumna, kochanie, prawda?

Alma patrzyła na niego milcząca, zamyślona; Karolina widziała jej odbicie w wyłączonym telewizorze, z lampą jak księżyc nad jej ciemną głową.

Objął Karolinę i głośno pocałował, a potem on i Alma zebrali się i wyszli, ale Alma zapomniała torebki i wróciła po nią, ale tak naprawdę wróciła, żeby powiedzieć coś Karolinie.

Podeszła, uklękła na dywanie; naszyjnik z pereł na jej szyi odbijał światło żyrandola. Jej oczy jak dwie strzały, niechybne, śmiertelne, znalazły wzrok Karoliny.

- Dziecko, dziecko - wyszeptała - jak to jest, że nikt nigdy nie widzi?

Karolina milczała, czując, jak w jej oczach pojawiają się głupie, dziecinne łzy.

- Mogłybyśmy go dostać od razu - powiedziała Alma cicho - starczy, żebym poszła z tobą na policję. Głupi, mogłybyśmy go wykończyć, dokopać mu tak, żeby go nigdy nie przyjęli do pracy, żeby go wsadzili do więzienia, po to tu jestem... Nie pozbierałby się po tym do końca życia - ale za to wszystko chyba zasłużył sobie na coś więcej, prawda?

 

Przyszedł do szkoły na jej poprawkę i zagadał anglistkę - dzięki niemu zdała. Potem odprowadzał ją do domu, na skróty przez działki, przez godzinę i musiała mu pokazać, jak bardzo jest wdzięczna. Później ich wakacje też się skończyły, pojechali na swoje studia i aż do Wszystkich Świętych Karolina go nie widziała. W tym czasie były jej urodziny: miała szesnaście lat i nikt nie przyszedł, tylko mama zrobiła tort, a tata kupił jej w prezencie nową ładną bluzkę. Nic się nie działo, aż kiedyś, tydzień przed Świętem Zmarłych, pani Lusia przyszła do mamy, szara jak popiół, trzęsąc się na nogach, i zamknęły się w kuchni.

Postanowiła posprzątać pokój syna, żeby miał czysto, jak przyjadą z Almą na święto. Postanowiła poukładać i odkurzyć jego książki, a w jednej z nich było zdjęcie. To zdjęcie, które teraz jego matka, zapłakana, przniosła pokazać jej matce.

Kiedy wrócił do domu, czekali na niego w domu jej rodzice.

-         Nie mogę zaprzeczyć - powiedział - pani Mariolu, to rzeczywiście jest Karolina. Pozowała mi do zdjęcia... i właściwie powinienem był państwu powiedzieć wcześniej, ale się bałem, że mi państwo zabronicie ją widywać... ja rozumiem, że się pan denerwuje, ale musi pan wiedzieć... musi pan wiedzieć, że my... jesteśmy parą, ja ją bardzo kocham, a na cokolwiek się zdecydowaliśmy... niech pani nie płacze, proszę... zdecydowaliśmy się razem, ja powtarzam, kocham Karolinę, nie wyobrażam sobie życia bez niej... nie, nie, Alma i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi, zresztą ona wie... proszę spytać Karolinę, jak mi pani nie wierzy...

I Karolina musiała powiedzieć, bo przecież to była prawda, a kłamać nie wolno, za kłamstwo się idzie do piekła, a poza tym on był przy tym i patrzyła na nią cały czas, że tak, tak to właśnie było i ona też go kocha i chciała, żeby był jej chłopakiem.

- Panie Piotrze - powiedział tego wieczora do taty, kiedy siedzieli przy stole w kuchni i pili piwo, a ona ze swojego miejsca zerkała na ciemne niebo i księżyc wśród chmur - mam nadzieję, że pan da nam zgodę na małżeństwo? Teraz, kiedy państwo już wiedzą... kiedy mama wie... nie chcielibyśmy czekać ani chwili dłużej.


 

20:22, ninedin
Link Dodaj komentarz »
Selene - zakończenie

 

Tata się zgodził, bo ona się zgodziła; miała szesnaście lat, on dwadzieścia cztery i mieli brać ślub przez wakacje.

 

Wtedy wróciła Alma. Zaczęła pracować, a raczej pomagać, w jakiejś kancelarii adwokackiej w mieście, wynajęła sobie pokój i wydawała się doskonale dogadywać ze swoim byłym chłopakiem. Koleżanki ze szkoły Karoliny były strasznie podekscytowane, bo mama zaprosiła je wszystkie na wesele; ksiądz się tylko zapytał, czy Karolina wie, co robi i czy będzie wierna mężowi, a resztę, powiedział, to już mu opowie na spowiedzi przedślubnej. W marcu kupili jej suknię, z białej satyny.

Od Almy dostała prezent, zaraz po tym, jak wczesną wiosną tamta sprowadziła się do miasta i poszli ją odwiedzić; zapamiętała, był pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. Karolina rozpakowała kolorowy papier, a w środku był obrazek z kamyków, a na nim kobieta o jasnej twarzy w jakimś powozie; ciągnęły go cztery skrzydlate konie, a kobieta stała wyprostowana i spokojna, jadąc po ciemnych falach szkła. Karolina popatrzyła pytająco, najpierw na prezent, a potem na ofiarodawczynię.

-         Selene - powiedziała Alma; znów miała swój piękny perłowy naszyjnik - czasem identyfikowana z Artemidą...

Karolina starała się nie zwrócić jego uwagi, ale Alma mówiła głośno; usłyszał i zaczął się śmiać z uczonych słów, jakich użyła.

- Bogini - wyjaśniła Alma, bo po Karolinie musiało być widać, że nie ma pojęcia, o czym mowa - Wiesz, kto to jest Artemida?

- Oczywiście, że wie! - przerwał jej, zanim zdołała wykrztusić, że nie ma pojęcia - moja dziewczynka chodzi do szkoły i wszystko to wie! Co ty sobie myślisz, że ja bym się z byle tłumokiem żenił? Poczekaj - zaśmiał się głośno - jeszcze cię moja żona prześcignie, pani przyszła adwokat!

- Artemida - powiedziała cicho Alma, nie zwracając na niego uwagi - Bogini-niszczycielka, bogini-opiekunka... okrutna i zmienna jak księżyc... ta, która mści krzywdy niewinnych. Mam nadzieję, że ci się podoba - uśmiechnęła się - Przyda ci się obrazek do nowego domu. Swoją drogą, jak chcesz, żebym ci pożyczyła mitologię, stoi tam na półce: powinnaś poczytać coś relaksującego, czeka się mnóstwo nerwów przed ślubem.

Karolina wzięła książkę i schowała do nowej torby, którą jej kupił. A potem - w pokoju paliły się specjalne pachnące świece, Alma poszła do kuchni zrobić im herbatę, przez okno zaglądał księżyc w pełni - on ją znowu pocałował, a Alma wróciła, niosąc dwie szklanki i kubek.

-To dla Karoliny - podała jej kubek, na nim też był księżyc, i sarenka - a to dla nas, trochę... wzmocniona.

Herbata Karoliny była ciepła i gęsta jak krew. Jej zapach uniósł się i napełnił cały pokój. Wydało jej się, że czuje, jak smuga ciężkiej woni przepływa nad nią, obok niej, a wraz z nią coś, od czego przeszedł ją dziwaczny dreszcz - coś nieuchwytnego, jak lodowate światło księżyca, jak mgła, opadająca rosą na jego twarz, jego ręce, jego włosy...

On nic nie poczuł. Zaśmiał się, podziękował i wypił gorącą herbatę z wódką dwoma łykami; potem odwoził ją do domu i zrobił jej to w samochodzie, na parkingu pod blokiem. Kiedy skończyli, w jej kurczowo zaciśniętej ręce pozostała garść jego jasnych włosów.



Mieli brać ślub przez wakacje, gdyby nie ta choroba. Lekarz powiedział w końcu, że to musi być jakaś rzadka genetyczna skaza: nigdy o czymś takim nie słyszał. Przyjechali inni lekarze, z Poznania i z Warszawy, ale i tak żaden nie był wiele mądrzejszy i w końcu pojechali sobie z niczym.

Włosy wyszły mu w ciągu tygodnia: zostawały na szczotce, na ubraniu, na poduszce, na której spał... wszędzie, póki całkiem nie wyłysiał. Na rękach zrobiły mu się sine plamy, które potem zbrązowiały i pomarszczyły się jak u starca; palce go bolały i nie mógł nimi swobodnie poruszać. Następnego dnia po wizycie u Almy zobaczyła po raz pierwszy, że ma zmarszczki pod oczyma... zmarszczki, które pogłębiały się z dnia na dzień, jak pajęczyna porastając jego twarz. Po miesiącu nie mógł już chodzić; głos zrobił mu się skrzypiący i wstrętny, nic nie zostało z uśmiechu, bo nie miał już zębów, które mógłby pokazywać; pani Lusia, która teraz wyglądała na jego córkę, musiała gotować mu papki i karmić go łyżeczką. W kwietniu lekarze przyznali, że nie mają pojęcia, co to może być i że nie ma nadziei. Leżał w łóżku w swoim dawnym mieszkaniu jak bury pomarszczony świerszcz, z ciałem starca i w pełni świadomym umysłem dwudziestoczterolatka, pod spojrzeniem Selene patrzącej na niego z mozaiki. Wydawał się niewiarygodnie stary. Powinien umrzeć; ciągle żył.

Dzień Przedtem, na początku wakacji Alma, przyszła go odwiedzić; siedziały obie z Karoliną, patrząc w jego wykrzywioną cierpieniem twarz, w jego oczy, pełne strasznej wiedzy - rozumiał teraz, że dopadło go coś, przed czym nigdy, nigdzie nie ucieknie. Karolina znała to spojrzenie - widywała je w lustrze przez wszystkie te lata, kiedy do niej Przychodził.

-         Już wystarczy - powiedziała tamtego dnia, patrząc w jasną twarz Almy - już dość, możemy go wypuścić.

Kiedy wychodziły, Alma zostawiła na jego łóżku swój perłowy naszyjnik.

Ludzie w mieście bali się wymieniać jego imię, tak jakby ta dziwaczna choroba była przekleństwem, o którym nawet wspominać nie należy. Kiedy w końcu umarł w swoim łóżku w mieszkaniu pani Lusi, owinięty w prześcieradła, lekarka ze szpitala przyjechała stwierdzić zgon i zasłabła na widok jego ciała.

Ludzie gadali, ale nikt nie ośmielił się pytać jego matki o nic - nawet o sznur bladych, księżycowych pereł, który miał w dniu swojej śmierci owinięty wokół szyi.

(2005)
20:22, ninedin
Link Komentarze (7) »
sobota, 19 stycznia 2008
The "Banewreaker" Diaries

Jacqueline Carey, Banewreaker, Tor Fantasy 2005

 

Sunday: Day One

Can anybody please tell me, WHY did the author, who had proven with her first series that she currently had not that many equals among fantasy writers to be compared with, HAVE TO start her new novel as if it was a (rather bad) imitation of The Silmarillion?

After the brilliantly composed world of The Kushiel Trilogy, with its original and carefully elaborated vision of an alternative Europe, she starts her second book, The Banewreaker, with an account of the creation of the seven gods-angels, called Shapers, the making of Men and Elves and Dwarves (and some other races just as well); then we have the Fall of the youngest of the Shapers and the creating of three magical objects of immense powers... What follows is an account of the Shapers' Wars that have divided the world, the shake triumph of the Six and the building of the Fallen One's stronghold in Gorgantum, far away in the icefields of the North; there, the magical dagger made of the Souma, God's third eye, the only weapon that can kill the Shaper, will remain safe, hidden from, the six arch-enemies of the Banewreaker...
I have just started the reading. Knowing Carey's gift for storytelling and world-creating, the book might yet turn out to be original and fascinating... but such a beginning bodes ill. Ill indeed; if not for the fact that I've read the Kushiel cycle before and fell under the spell of it, I would have thrown Banewreaker away on, say, page three. Even a motto taken from Paradise Lost would not help. And, in all that, there's also an unquenchable fire and the magical sword... and nearly, nearly the Fisher King, a wounded angel who has lost his virility and turned the land in which he lives into a barren, lifeless, Mordoresque wasteland...

Monday: Day Two

Not good. Not good at all. The idea that the Prince of Lies, the Banewreaker, is suffering and hates his fate and that his brother and archenemy, the First of the angels, is a haughty, cold-hearted and merciless seeker of perfection, seems quite interesting, even if it isn't stunnigly original; also, the general quality of Carey's writing is as good as usual. The events are followed, however, by the appearance of the red star on the night sky: it shows the Banewreaker and his Nine... ehm, Three counsellors (once men, turned immortal) that the long-lost magical ring... sorry, gem, drowned in Anduin.... sorry, in the sea, millenia ago, has just been found by the Six other Shapers, thus enabling them to Shape the world a.k.a. do some serious magic anew. I have an overwhelming (bad) feeling that Carey has decided to write her own version of Yeskov's The Last Lord of the Ring... The feeling is strenghtened by the fact that the Elves... sorry, Ellyon, have names such as Erilonde, Elderran, Elduril, Cerendril, Cerelinde and Elterrion and that a new topic emerging in chapter 1 is a marriage of an Ellyon princess (the last one born the Ellyon - the Evenstar of her people?) to the king of Men. And yes, the Ellyon princess is an Evenstar of her people (even if she's not called that). Her husband-to-be is Aracus of the royal house of Altoria, born when the once-mighty dynasty dwindled into the Borderguard of Curonan. A pupil of the immortal sorcerer... ehm, Councellor, to that. And it turns out that the second lost great gem was kept guarded... guess where... was it a dragon cave? Yes, indeed!! And, given to a simple mortal girl, it had made her a powerful and immortal Sorceress... Not to mention the fact that we encounter a youth of the desert people, not even a grown man yet, the only one who can bring in a burden - too heavy for the sorcerers and knights and rangers to carry - inside the very fortress of the dark Lord... sorry, the Banewreaker. The youth's tribe is much smaller in height than the Men and he has curly hair and comely face. All right - at least he's black. Oh, and there's a mighty Wizard... ehm, sorry, Companion.... who "dies" in the caverns, deep under the surface of the Earth. I wonder if he returns as a White Rider.
There's too many of these concidences - I can't believe Carey would be that unoriginal without a purpose. Maybe, after all, she is writing her own Last Lord of the Ring?
The good thing is that the character of Tanaros, one of the Three, seems complicated and interesting, with the dark betrayal in his past and the loyalty for his inhuman companions and his fallen Master pervading his actions. We'll see what happens to him later...

 

Tuesday: Day Three

The whole story starts to develop one interesting feature. In Yeskov, there seem to be evil manipulators on both parts, the Free Peoples and Sauron. Here, there seem to be decent people on both: one cannot help but sympathize with Tanaros, who became one of the Three out of despair and misery, having murdered his beloved and unfaithful wife long ago. And on the other hand one cannot but wish well to princess Cerelinde, who has finally decided to love and marry a mortal and knows all to well that she will live and he will die.
The characters are in general developing nicely, especially these of Taranos, Cerelinde and Altorus; the episode with the abduction of the bride is well-written and convincing. Not to mention the character of the Sunderer himself...
Oh, and Jacqueline Carey is writing her own Last Lord of the Ring. Here's a quoation: Cerelinde, every story has two sides. Yours the world knows, for the Ellylon are poets and singers unsurpassed, and their story endures. Who in Urulat has ever listened to the Fjeltroll's side of the tale?

Wednesday: Day Four

Well, I think I've made up my mind. As much as the novel is Carey's play with Tolkienian themes (conscious, but sometimes a trifle too obvious), it is difficult to put it away and stop reading. The author has a gift to keep the reader occupied and I want to know what happens next, especially that she managed to avoid one mistake, that is the total changing of sides. It is not simply so that Sauron's... sorry, Satoris' people are good and the ones siding with Haomane and the Ellyon are evil. We have, on both sides, weary soldiers, fed with propaganda and wanting nothing but rest; we have, on both, idealists believing in their sacred values (Cerelinde and Tanaros), we have heartless manipulators and liars and we have victims. Carey seems to have a certain feel for thinking the mythical way: her choice for the Three (a brokenhearted murderer, a cunning and corrupted yet loyal politician and a victim turned oppressor) seems flawless.

 Thursday: Day Five

There is one character in the novel that I hate passionately, while as a reader I am propably supposed to feel compassionate towards her. I mean the local female incarnation of Saruman: Lilias, the Sorceress of the East. There was a brilliant premise behind that character, a story of a mortal thane's beautiful child who was histerically afraid of getting old and dying; there's a very good concept of her being (in a way) in love with the dragon who had had a whim to help her. But... but. But her decadent court of beautiful boys and sweet half naked girls in collars is simply annoying and she herself irritates me to no end, as she seems to have migrated to this particular novel from another one: remember that one about a beautiful girl with a red mote in her eye... And maybe I am, in general, too allergic to the idea of pretty boys dressed in scanty clothes, serving on their knees their beautiful and cruel masters - some truly traumatic memories of reading Poppy Z. Brite, Anne Rice and above all Mary Renault come back to haunt me...

 Friday: Day Six

Jacqueline Carey is a competent witer, no doubt about that. The novel is well constructed and, despite what some of the Amazon.com reviewers think, very well written. The confusing factor seems the be the mixing of the styles: one moment, we have Taranos converse with Satoris on an almost-mystical, Silmarillion-like plane and five minutes later he is discussing sick-leaves for the boys in the army with his second in command, the tired old Troll-soldier. The dialogues vary from the hieratic thees, thous and inforasmuches typical for high fantasy to everyday language - which only adds to both the confusion and the worth of The Sunderer as a polemics with fantasy tradition. And the (crypto)quotation from Eddings is not accidental: there's almost as much from The Belgariad in The Sunderer as it is from The Lord of the Rings (starting from the concept of the Sundering itself).
The mythological part is a well constructed nearly-pastiche of Tolkien's cosmogony and cosmology, with a brilliant concept (that somehow reminds me of C. S. Friedman - she could have thought of that concept but draw different conclusions) that only the fallen angel/god is here on Earth to listen to the troubles of the ordinary people.

 Saturday, Day Seven

I'm done. I've finished the first part. Yes, there is a White Rider at the end and a romance in the air. We shall see what happens next.

 

piątek, 28 grudnia 2007
Mildmay, Felix and the question of power? [Sarah Monette, "The Doctrine of the Labyrinths"]

What is the dynamics between Mildmay and Felix?

Interestingly enough, the brothers take the roles of the strong one/the weak one or victim/tormentor interchangeably. First Mildmay is a master with mad Felix as a slave (or at least that's how Felix sees himself, identifying Mildmay with his long-dead Keeper; Mildmay more than once mentions the fact that he had to force Felix, beat him, physically abuse him for his own good). Then there's Felix the wizard with Mildmay the boy from the lower class and Felix realizing that Mildmay, behind his tough facade, is psychologically delicate and vulnerable, therefore easy to hurt. Then, as a modification of this theme, there's Mildmay the esclavin with Felix as obligataire bound by the obligation d'ame. But then at the end of The Mirador, when both Felix and Mildmay are in prison, it is Mildmay who is the strong one protecting the grieving Felix in one of the most emotionally moving scenes of the whole cycle so far [p. 403]:

"Mildmay?"
"Yeah?"
"Do you think it's dark, where Gideon is?" And, powers, his accent has gotten away from him, and his voice was barely more than breath, and he sounded so fucking
lost.
"Oh, sweetheart", I said, and my voice broke. "C'mere." We found each other in the dark, and I hugged him, and for once he didn't go stiff or shrug me away, but hugged me back.
"I don't want him to be in the dark", he said into my shoulder. "I don't want him to be afraid".
"His White-Eyed Lady was waiting for him," I said. "She'll take her of him. She'll help him rest".
"Do you think so? Really?" He was crying, the way you learn to cry when you're a kept-thief and you don't dare make any sound about it. But I could feel his tears soaking into my shirt.
"Really", I said and held him against the dark
.

The Excess of L-Words [Dorothy Dunnett, "The Lymond Chronicles"]

I must admit that, unlike the vast majority of Dorothy Dunnett readers, I never really liked Philippa Somerville. Her motivations always seemed rather unbelievable to me (exactly why is she setting off east? To find a child she has never seen, of a man she thouroughly disliked, leaving her mother, for whom she was the only support?), her stiff moral backbone I found unbearable and her obstinacy was nothing short of irritating. Compared to brilliant and solitary Marthe or to Kate, practical and level-headed, she seemed bleak and unable to capture my imagination.

Thanks to the (doubtful) courtesy of more than one reviewer, I was informed in advance (actually, as early as halfway through The Game of Kings) that it was Philippa that would finally capture Lymond's elusive heart. And right up until Chapter 9 of The Ringed Castle I did not understand why.

The scene at Blackfriars made it believable for me, finally, what is it in Philippa that would make her attractive for Francis. And the answer is, I believe, comprised in these few words that she says to him: I have never, in my whole life, seen you laugh before (p. 439). And that's it, I think: it is wonderfully visible throughout this scene that Philippa is able to make him feel relaxed, to make him feel free and careless and to laugh and play. Not ot mention one more important fact: she is never treated as intellectually inferior, as sillier just because she is a woman; in this scene, she arises as Lymond's equal in both wit and art. The whole scene is brilliantly composed, with the prolepsis at the beginning, pointing out at the importance of the moment and arising the reader's curiosity (It was a short journey and more fateful than any one of them ever knew, p. 429), the subtle suggestion of Lymond's change of heart concerning his nominal wife (And deep within him, missing his accustomed tread, his heart paused and gave one single stroke, as if on an anvil. (...). The air hurt his skin. His nerves, unsheathed, left him oversentitized and defenceless, as sometimes happed; exposed raw to the touch of the his clothes as if his flesh has been stripped off with acid, p. 440-1) and the last sentence, of Lymond remembering the night he spent with a prostitute after his fatal confrontation with Kate and his own reaction and realizing what was happening to him: Too late, too late, too late. It had happened (p. 442).

The core of that scene is a crazy, improvised comedy, played out by Lymond, Philippa, D'Harcourt and young Nicholas Chancellor. The script is full of words starting with L; but the one, most important, the word that describes Lymond's newly found feelings – this L word is never spoken.

In the beginning... there was a worm above the trees.

This is my blog for musings. And since it's a bookworm's blog, the musings will mostly concern books. Also, the blog's in English, because vast majority of these books has not been translated into Polish & I find it easier to write about them in their original language than to do the translator's work and make up Polish equivalents of names, places, inventions...

These are musings, one day to be, perhaps, converted into something more solid, like an essay, an article or a serious review. My reviews and more carefully done stuff (in Polish!) is here; this place is a mosaic in the making, broken and fragmentary.

And just in case anyone wondered about the title...

The Great White Worm

The image is by Pamela Colman Smith, taken from here; the concept is obviously Bram Stoker's